Zalatany marszałek

Medialna dyskusja, czy marszałek Sejmu Marek Kuchciński mógł na pokład rządowego samolotu, wziąć z sobą członków swojej rodziny, czy jednak powinni oni płacić za lot po jego kosztach jest niepotrzebnym biciem piany. Przypominając słowa byłej premier Beaty Szydło, kiedy broniła horrendalnych nagród dla siebie i ministrów: „nam się to należało!!!” chciałoby się także w przypadku zalatanego marszałka powiedzieć, że „jemu się to po prostu także należało”. No bo przecież to druga osoba w państwie, a ludziom na szczytach władzy należy się wszystko.
Po to kupowano dla rządu za 400 mln zł nowoczesnego gulfstreama, aby ktoś nim służbowo latał. Mają rację obrońcy marszałka, że małostkowo brzmią argumenty, że latanie do domu na weekendy to nie wyjazdy służbowe, że w pogotowiu musiał stać drugi samolot z załogą, że samochód służbowy musiał jechać z Warszawy na lotnisko do Rzeszowa, aby później miał się czym poruszać po ziemi. Te dodatkowe koszty to przecież pikuś. Jesteśmy bogatym krajem. Jakby to wyglądało, gdyby marszałek po znojnej tygodniowej pracy miał jechać do domu służbowym luksusowym samochodem. A nuż by jakieś seicento na trasie wyskoczyło i doszło do kolizji, jak to przytrafiło się premier Szydło?
Coś jednak z tym lataniem samolotem na domowy wypoczynek widać było nie tak, skoro jego partyjny kolega, a nawet partyjny zwierzchnik Joachim Brudziński radził, aby powiedział „przepraszam”. To magiczne słowo rzekomo miałoby sprawę raz na wieki wieków zamknąć. Gadanie o bizantyjskim państwie nie miałoby wtedy podstaw, a prezydent Andrzej Duda nie musiałby, jak przed czterema laty o innych, mówić „ojczyznę dojną racz nam zwrócić panie”. Bo my rządzimy niepodzielnie i nam się to wszystko należy.
Stanisław Białowąs
Zdjęcie: dgrsz.mon.gov.pl/