Poseł Łukasz Zbonikowski: przyjaciół poznaje się w biedzie.

Rozmowa z posłem Łukaszem Zbonikowskim
Pomimo afery obyczajowej, która wybuchła nagle wokół pana osoby, nie schował pan głowy w piasek, nie zrezygnował w ubieganiu się o mandat posła w wyborach parlamentarnych.
- Jestem posłem już 10 lat, działałem, interpelowałem, organizowałem czas wolny młodym ludziom. W każdych kolejnych wyborach otrzymywałem coraz więcej głosów. To mnie uskrzydlało. Byłem wśród ludzi i dla ludzi. Byłem szefem wojewódzkim partii PiS, która rośnie w siłę i ma wielkie szanse wygrać wybory i rządzić krajem.
I nagle niespodziewanie dostałem obuchem w głowę, próbowano mnie zniszczyć tuż przed rejestracją list wyborczych. To było zaplanowane działanie. Nie można było na mnie znaleźć haka, nie nagrano mnie na taśmach, nie złapano na oszukiwaniu, więc wymyślono historię obyczajową. Anonimami i plotkami skrzywdzono nie tyle mnie, ile moją rodzinę, szczególnie żonę, która poczuła się zdradzona. Sprawę podchwyciły media, wylano na mnie kubeł pomyj. Na szczęście znalazłem w sobie tyle siły i energii, aby powyjaśniać sprawy i przeżyć te dni. Prokuratura we Włocławku i Chełmnie umorzyła wszystkie sprawy. Gdybym teraz zrezygnował, kiedy już zostałem wpisany na listę wyborczą wielu mogłoby pomyśleć, że przyznaję się do winy.
Co z kilometrówkami, też było coś na rzeczy?
- Wpłynął na mnie donos podpisany przez prezydenta Marka Wojtkowskiego i posła Zbigniewa Girzyńskiego. Skąd wiem? Sprawa była badana przez dwa miesiące, byłem przesłuchiwany i widziałem dokumenty sprawy. Okazało się, że to niby „rewelacyjne” doniesienie obu panów nie znalazło potwierdzenia w rzeczywistości. Ale w eter poszło. W taki sposób, a nie uczciwą drogą niektórzy potrafią piąć się w górę. Zostawiam to bez dalszych komentarzy.
Jednak nie jest pan już w PiS, a niektórzy dawni pańscy koledzy nawołują, aby na pana nie głosowano.
- Nie jestem w PiS i nie dziwię się mojej partii, która walczy o władzę i nie może się zajmować kłopotami swoich członków, niezależnie od tego czy są prawdziwe, czy też nie. Co do przyjaciół, to sprawdziło się przysłowie, że poznaje się ich w biedzie. Wiele osób już mnie uśmierciło politycznie. Niektórzy są bardzo zadowoleni, bo przy okazji moich kłopotów mogą na tym zyskać. Cenne jest to, że teraz wiem, kto udawał mojego przyjaciela, a kto nim jest naprawdę. Jednak najbardziej wartościowe jest to, że otrzymałem pomoc od wielu ludzi, po których takich przyjacielskich i ciepłych gestów bym się nigdy nie spodziewał. I za to wszystkim tym osobom dziękuje bardzo serdecznie.
Spotyka się pan z mieszkańcami Włocławka i powiatu, uczestniczy w ważnych wydarzeniach, niektórym pan patronuje. Nie boi się pan, że ludzie będą się bali z panem rozmawiać.
- Jeszcze jestem posłem i sprawuję swój mandat do końca kadencji. Zgodnie z prawem, zapisanym w z ustawie o wykonywaniu mandatu posła, mam prawo a nawet obowiązek podsumować i poinformować mieszkańców o efektach mojej czteroletniej działalności. Ludzie mają prawo wiedzieć, co zrobiłem, jak przez te lata im służyłem i wtedy mogą mnie oceniać. Mam nadzieję, że znajdzie się wielu takich, którzy nie uwierzą w te wszystkie zawarte w anonimach insynuacje, kłamstwa, oszczerstwa i podsycaną nagonkę na mnie.
Będzie pan chciał „odwdzięczyć” się, tym którzy pana zdaniem wyrządzili panu krzywdę
- Wyznaję zasadę „zło dobrem zwyciężaj” i niech tak zostanie
Może pan dokończyć zdanie – najważniejsze teraz dla mnie jest….
- Najważniejsza jest moja rodzina - żona Monika i dwie córki Zosia i Marianka. Wierzę, że uda mi się odbudować nasze dobre relacje małżeńskie i znowu zaświeci słońce. A co do dalszej pracy w parlamencie? Wyborcy zadecydują…
Jolanta Pijaczyńska